Pokaż listę

Wywiad z Ryszardem Murawskim, wieloletnim pracownikiem MZO Wołomin

Rozmowa z Ryszardem Murawskim, wieloletnim pracownikiem i przewodniczącym NSZZ Solidarność w wołomińskim MZO


Jako wieloletni pracownik wołomińskiego MZO oraz przewodniczący NSZZ Solidarność w tym zakładzie, trafniej niż ktokolwiek inny potrafi pan ocenić i analizować aktualną sytuację w MZO. Proszę podzielić się z nami swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi aktualnej sytuacji MZO Wołomin.


Wg. mnie w zakładzie potrzebne są gruntowne porządki. Trudno tak naprawdę ocenić sytuację wołomińskiego MZO, bo jedyne wiadomości na temat zakładu, jakie otrzymujemy, to te oficjalnie przekazywane przez Zarząd na stronach internetowych.

Pamiętam, kiedy za czasów poprzedniego burmistrza, pana Madziara, bez przerwy jacyś ludzie, jakieś organizacje życzyły sobie wglądu w dokumenty MZO. Dzisiejszy zarząd oraz organ nadzorczy, którym jest przecież burmistrz - nie dopuszczają do takich sytuacji. To zastanawiające.


Czy pamięta Pan sytuację MZO z 2016r.? Był to czas kiedy dochodziło do wielu konfliktów pomiędzy pracownikami a obecną burmistrz Elżbietą Radwan oraz Zarządem Zakładu. Pamiętamy organizowane spotkania, próby porozumienia a także groźby strajku ze strony pracowników zakładu. O co chodziło?


Był to bardzo trudny czas. Po zmianie burmistrza w Wołominie jasne było dla nas - pracowników, że Pani Radwan jest przeciwniczką powstania w zakładzie Regionalnej Instalacji Przetwarzania Odpadów Komunalnych, której budowę rozpoczął poprzedni burmistrz. Wg. nas, pracowników MZO, którzy znamy zakład często od dziesięcioleci i wiemy w jaki sposób funkcjonuje, było jasne, że rezygnacja z budowy instalacji skutkować może tym, że MZO może stanąć na skraju upadłości. Byliśmy bardzo zaniepokojeni, baliśmy się o swoje miejsca pracy ale także o zakład, w którym wielu z nas przepracowało ogromną część swojego życia. Załoga spotkała się z ówczesnym Prezesem, jednak to spotkanie nas nie uspokoiło. Podczas spotkania załogi, poszukiwaliśmy możliwych rozwiązań, szukaliśmy pomocy, kogoś kto stanąłby po naszej – pracowników stronie ale i po stronie MZO. Podjęliśmy decyzję, że musimy szukać pomocy i musimy walczyć o zakład. Zaproponowałem abyśmy napisali pismo do Burmistrz Elżbiety Radwan, byśmy zaprosili ją do naszego zakładu i poprosili o wyjaśnienia. Pod pismem podpisałem się w imieniu załogi, ponieważ w tamtym czasie byłem przewodniczącym NSZZ Solidarność w MZO.

Ponieważ sytuacja finansowa zakładu jawiła nam się bardzo źle a wszystkie informacje dotyczące zakładu, które do nas - pracowników docierały - były niepokojące, dlatego w jednym z ostatnich zdań pisma skierowanego do pani Radwan wskazaliśmy, że w przypadku niepodjęcia przez nią jako organ zarządczy zakładu - działań naprawczych, zmuszeni będziemy zorganizować strajk pracowników. Burmistrz przyjechała, gładkimi słowami próbowała nas uspokoić ale im bardziej uspokajała tym bardziej nie wierzyliśmy. Nie mieliśmy pewności co dalej będzie z zakładem, co z nami?


Czy w tej trudnej sytuacji mieliście wsparcie z jakiejś strony?


Wpadłem na pomysł aby o pomoc w ratowaniu zakładu zwrócić się do opozycji a w tym przypadku naturalnie pierwszą osobą jaka przyszła mi do głowy był poprzedni burmistrz Ryszard Madziar. Spotkaliśmy się, przekazaliśmy mu wszystkie informacje na temat sytuacji zakładu, poprosiliśmy o wsparcie. Powstała wówczas ulotka, w której zamieszczono informacje mówiące o tym jak w naszej opinii wyglądała wówczas sytuacja w MZO i do czego mogła ona doprowadzić. Chcieliśmy w ten sposób poinformować mieszkańców Wołomina o sytuacji zakładu.


Czy pracownicy zakładu znali treść tej ulotki, czy zgłaszali jakiekolwiek sprzeciwy wobec jej treści?


Nic takiego nie było. My musieliśmy działać. Pracownicy zakładu podjęli się dystrybucji tych ulotek – gdyby nie zgadzali się z ich treścią, nie robiliby przecież tego. W ulotce były wszystkie zagrożenia jakie my widzieliśmy wtedy dla zakładu. Wszystko co robiliśmy wynikało z tego, że martwiliśmy się o nasz zakład i o nasze miejsca pracy. O nic więcej. Chodziło nam tylko o to, żeby ktoś z nami rozmawiał szczerze i uczciwie.

Kiedy ówczesny Prezes - Igor Sulich dowiedział się, że ulotki są roznoszone w godzinach pracy, zażądał zaprzestania, zagroził konsekwencjami wobec wszystkich, którzy dostarczali ulotki mieszkańcom. Zagroził, że jeśli odpowiedzialny za rozpowszechnianie ulotek się nie znajdzie, to wszystkie załogi, które się tego podjęły zostaną dyscyplinarnie zwolnione. Ja zdawałem sobie sprawę z tego, że zwolnienie takiej liczby osób obsługujących miasto, byłoby ogromną szkodą dla zakładu. Ponieważ w tym czasie byłem już od wielu lat przewodniczącym NSZZ Solidarność w MZO, dlatego aby wyjść z tej sytuacji postanowiłem wziąć winę na siebie. Powiedziałem o tym Prezesowi Sulichowi, że jeśli chce kogoś ukarać, niech ukarze mnie a załogę zostawi w spokoju. Prezes Sulich za jakiś czas przejrzał na oczy, zobaczył, że my – pracownicy nie walczymy o nic dla siebie, że chcemy tylko aby MZO istniało nadal. Niestety, szybko po tym przestał być prezesem.


W sprawie MZO prowadzone były w tamtym czasie konsultacje – jak pan je ocenia?


Te konsultacje w oczach pracowników i w moich, wyglądały tak, jakby już w momencie rozpoczęcia miały na celu udowodnić tylko tezę, że instalacja przetwarzania odpadów komunalnych nie powinien powstać. Taki był też ich wynik. A my się baliśmy, że w takim przypadku MZO upadnie.

Najbardziej dla nas przykre i w dalszym ciągu niepokojące było to, że Pani Radwan podczas spotkań potrafiła nam powiedzieć że dla pracowników MZO, którzy są z Wołomina praca w będzie – niestety nie umiała powiedzieć, co będzie z pozostałymi pracownikami zakładu. A może inaczej; mówiła coś o tym, że zawsze są śmieci do zbierania w lesie – bardzo nas to oburzyło. W tamtym czasie stosunek pracowników z Gminy Wołomin do tych spoza gminy wynosił w MZO mniej więcej 60% - 40%. My musieliśmy walczyć o każdego z pracowników.


Sytuacja była napięta, informowaliście mieszkańców o swoich obawach ale dziś, po czasie wydaje się że sytuacja w zakładzie się ustabilizowała. Jak Pan to ocenia?


Myślę, że za sprawą tych ulotek, które się wtedy pojawiły, władza przestraszyła się opinii publicznej. Sądzę, że gdyby tego nie było, zakład do dziś mógłby przejść w ręce prywatne. Dlaczego teraz sytuacja się ustabilizowała? A skąd możemy wiedzieć, że tak jest, skoro nie mamy żadnego dostępu do informacji dotyczących MZO? Kiedyś, za rządów burmistrza Madziara Komisje przychodziły do zakładu, przeprowadzały kontrole, wyciągali wnioski. Dziś radni chcąc się spotkać z Prezesem, muszą umawiać się na spotkania, czekać na termin a na koniec zobaczą tylko to, co Prezes im zechce udostępnić.


Kilka dni temu wołomińskie MZO wydało oświadczenie, w którym czytamy: „Nasze składowisko przyjmie w tym roku 14 tys. ton stabilizatu (ustabilizowanego odpadu) z MPO Warszawa. To znacznie mniej niż przyjmują inne składowiska w kraju. To wszystko dlatego, że nie chcemy przyjmować więcej, niż sami jako mieszkańcy Wołomina‍ produkujemy rocznie”.

- co Pan o tym sądzi?


Mydlenie oczu. Wołomin produkuje wg mnie około 17 tysięcy ton odpadów rocznie, dlaczego sami nie możemy tego przetworzyć? Oddajemy te nasze odpady do obcych RIPOKów, za każdą taką oddaną tonę musimy zapłacić grube pieniądze – jeśli się nie mylę to może być około 300 – 350zł za 1 tonę.

Gdybyśmy mieli własną instalację – moglibyśmy przetworzyć to wszystko sami, koszt na pewno byłby wiele, wiele mniejszy.

Z kolei ten stabilizat, który nam mają zwozić z Warszawy, o którym MZO mówi w tym oświadczeniu, my przyjmujemy na nasze wysypisko i za to dostaniemy wg. mnie około 120 – 150 zł za 1 tonę.

Jeśli MZO tak przedstawia tę sprawę to należałoby wyjaśnić mieszkańcom, że w rzeczywistości my do każdej tony śmieci dopłacamy lekką ręką około 150 - 200zł. Jaki to interes?



Na co chciałby Pan w szczególności zwrócić uwagę mieszkańcom Wołomina jeśli chodzi o MZO?


Należałoby z pewnością zwrócić uwagę, na ogromne ilości śmieci przywożone na bazę MZO, na zalegające na wysypisku odpady komunalne, surowce, odpady wielkogabarytowe. Wystarczy przejechać na parking przy Galerii Wołomin aby zobaczyć, że góra tych odpadów jest wyższa niż płot. Sądzę, że te odpady zalegają tam od ponad roku. Dlaczego nie ma informacji skąd te odpady są zwożone i przez kogo? Przypuszczam, że to mogą być niekontrolowane wjazdy. Zakład nie nadąża przerabiać tych odpadów.

Przywożone odpady powinny być kontrolowane, powinniśmy wiedzieć skąd i ile odpadów ma prawo wjechać na zakład. Samochody powinny mieć wagi aby to wszystko można było kontrolować. Uważam, że zakład wymaga właściwego nadzoru, co do którego dziś można mieć wątpliwości.




Jak długo pracował Pan w wołomińskim MZO?


Pracowałem od 19975 roku do końca 2017r., kiedy to Prezes zakładu postanowił nie przedłużyć mi umowy o pracę. Jakie były powody – można się jedynie domyślać, ponieważ pracowników, którym w tym samym czasie kończyła się umowa było kilku - nie przedłożono jej tylko mnie.


Bardzo dziękuję za poświęcony nam czas.




O komentarz do słów Ryszarda Murawskiego poprosiliśmy Ryszarda Madziara, burmistrza Wołomina kadencji 2010 - 2014


                                                                    



Dokładnie pamiętam, jak w kwietniu 2016 roku zgłosili się do mnie zdesperowani pracownicy MZO, gotowi podjąć akcję strajkową w obronie swojego zakładu.

Rozumiejąc ich trudną sytuację, miałem wątpliwości co do formy protestu. Uznałem, że strajk może sparaliżować życie miasta i narazić mieszkańców na wiele niedogodności. Podczas rozmów ustalono, że należy odwołać się do opinii publicznej i przedstawić swoje stanowisko oraz stosunek do karygodnych działań Pani Burmistrz.

Padła propozycja, aby zamanifestować sprzeciw załogi, redagując ulotkę, która byłaby nośnikiem informacji od pracowników, którzy nie mogli już dłużej milczeć. Jak widać w perspektywie czasu pomysł ten okazał się wentylem bezpieczeństwa dla eskalacji protestów i sprawił, że władze samorządowe zaczęły traktować załogę poważnie.

Ubolewam nad tym, podobnie jak przedstawiciele załogi MZO, że wybrano drogę zastraszenia pracowników, poprzez próbę zwolnienia z pracy osób, które walczyły o zakład, roznosząc ulotki. A dodatkowo grożenie pozwami do sądu, z żądaniem 1,5 roku pozbawienia wolności za współpracę z załogą w przygotowaniu ulotki, uważam za skandaliczne. Takie zachowania nigdy nie miały miejsca w historii wołomińskiego samorządu.


red. eW



Pokaż listę
Facebook Twitter